piątek, 4 marca 2011

Pysznie!

Dziś na wytrawnie. Krewetki - owoce morza, które mogę jeść i jeść i jeść i jeść :) Moje ulubione danie na szybki obiad. Z makaronem, okraszone sosem z oliwy, masełka i białego wina, z posmakiem czosnku. Mmmmm.
Dziś, mało tekstu, za to dużo zdjęć :) Fotorelacja od początku ;)


Potrzebne składniki: 
krewetki (u mnie na 4 osobową rodzinkę idzie pół kilo i jest ilościowo tak w sam raz ok.12-15szt)
białe wino pół wytrawne w ilości pół szklanki, resztę można skonsumować do obiadu :)
oliwa z oliwek, olej z pestek winogron lub to co mamy pod ręką ;)
ćwierć kostki masła
makaron dobrej jakości (ja najbardziej lubię tagliatelle)
czosnek (3-4 ząbki, zależy jak bardzo go lubimy)
sól, pieprz
warzywa na sałatkę (u mnie papryka czerwona, ogórek, szparagi w zalewie własnej, sałata lodowa) - warzywa układamy na talerzu, lub robimy sałatkę ;)

Danie krewetkowe jest daniem spontanicznym, jemy z tym co akurat mamy pod ręką, a ja potrafię zjeść nawet same krewetki ;) :D

to białe na talerzyku to posiekany drobno czosnek :)

Gotujemy makaron, gdy już jest w garnku  i dochodzi przystępujemy do gotowania krewetek.


Na rozgrzaną oliwę z masłem wrzucamy czosnek, musimy pilnować żeby się za bardzo nie przyrumienił. Gdy już nabiera kolorku wrzucamy uprzednio zmrożone, zlane wodą, wypłukane krewetki i przykrywamy pokrywką. Dusimy ok. 5-7 min, przyprawiamy (sól, pieprz). Dolewamy wino i gotujemy kolejne 5 min lub dłużej, krewetki mają być miękkie i sprężyste.

Na talerz wykładamy makaron, na niego krewetki, wszystko polewamy sosem z patelni. 
Układamy warzywa.
Nalewamy winka
iiiii

ZAJADAMY !
SMACZNEGO!








wtorek, 22 lutego 2011

Sous le ciel de Paris... mmmm ;)

http://www.youtube.com/watch?v=uOXzGtlLGgw

Dostałam książkę. Książka nosi tytuł: ''Elle cuisine menus et recettes par Mapie de Toulouse-Lautrec'' i tak. Caluśka po francusku, caluśka z przepisami na francuskie dania. Jaki zbieg okoliczności, bo na zajęciach zaczęłam przerabiać jedzenie ;D

Dziś bardzo francusko. Znalazłam kamping w Bois de Bolougne. Teraz zbieram ekipę i najprawdopodobniej wyjazd do Paryża w czerwcu/lipcu. Trzeba mocno trzymać kciuki!

Dziś notka bezjedzeniowa. Ale myślę że wkrótce Was czymś zaskoczę!
Pozdrawiam! ;)

czwartek, 10 lutego 2011

Bananowy koktajl.

Zima się kończy!
Chociaż nie jest jeszcze bardzo ciepło (max 10st) to bardzo się cieszę, że nie muszę chodzić opatulona długim szalem i odziana w 10 swetrów czy bluz.
Czekam tylko już na jakieś krokusy czy inne małe przyjemności, bo ciągle szaro za oknem.

Od początku lutego za to siedzę w domu i zamiast gotować/piec/malować/dziubać kolczyki czy jakoś inaczej wyżywać się artystycznie, ja choruję. No niestety, ominęła mnie wycieczka w góry. Ale cóż, nie pierwsza, będą inne na które na pewno pojadę zdrowa i w pełni sił.

Po wypisaniu recepty na antybiotyk nr2, postanowiłam zadbać o witaminki i zrobiłam sobie koktajl. Znaczy miał to być koktajl ale zapomniałam, że w ubiegłe lato zepsułam końcówkę od miksera. Ale trzeba sobie radzić. Koktajl jest bardzo prosty w przygotowaniu i dodaje energii :) a jako, że zima jeszcze ciągle jest obecna w kalendarzu to sypnęłam cynamonem, a co!

Składniki: (na szklankę)
1 dojrzały banan
szklanka mleka
1 łyżeczka cynamonu
<w zależności od tego jaki banan jest słodki można dosypać cukru>
Przygotowanie:
Gdy mamy zepsuty mikser, banana rozgnieść widelcem.
Dolać mleka, wymieszać. Dosypać cynamon i cukier.
Przelać do szklaneczki. 
Pić i się rozkoszować witaminkami ;)

Dlaczego nie mogę spełniać marzeń? Wszystko musi stanąć mi na przeszkodzie. A miało być tak pięknie.


Muszę poćwiczyć robienie zdjęć ;)

środa, 2 lutego 2011

Pan Kot, Pana Kota ;)

Coś nowego. Typowy włoski deser. Ale. No tak zawsze u mnie jakieś ale. Musiałam go zmodyfikować, nie ta pora że u mnie w domu znajdzie się jakiś mus owocowy. Ostatnio jedyne owoce to mandarynki (które i tak wykorzystałam). Nie ma musu to będzie czekolada, a jak. Trochę podczas gotowania się przestraszyłam, bo trochę na bakier jestem z proporcjami i dałam troszeczkę za dużo cukru i śmietanka wyszła bardzo słodka, ale później tak jakby się wynormowało. Cud :)
Przepis podpatrzyłam na blogu Kucharnii lecz użyłam mniejszej ilości śmietanki i trochę mniej cukru. No i niestety. Nie użyłam wanilii, tylko cukru wnilinowego. Muszę kupić kilka lasek wanilii, niektóre schować do pieczenia, a z jednej zrobić cukier waniliowy.


Najbardziej mi się podobało wyciąganie cotty ze szklaneczki :) ale nie poddałam się i walczyłam dzielnie z każdą przez 5minut. Dla robiących po raz pierwszy. Wziąć nóż z cienką końcówką wykroić przy szklance(tuż przy szkle) po czym odwrócić skubańca i bić szklankę pięścią (albo poklepywać, zależy jaką wytrzymałą szklankę mamy) aż usłyszymy piękny dźwięk odsysania. No, co. piękny był. Uwaga! Wyklapnięta pana cotta ze szklanki lubi uciekać po blacie!


Składniki:
250ml śmietanki kremówki (30% albo 36%)
2 łyżeczki żelatyny
niecałe pół filiżanki cukru
cukier wanilinowy, albo laska wanilii jak w oryginale.
owoce, czekolada
Sposób przygotowania:
Żelatynę wsypać do szklanki i zalać 2 łyżkami zimnej wody. Odstawić do napęcznienia.
Wlać śmietankę do garnuszka, wsypać cukier i cukier wanilinowy. Zagotować.
Zdjąć z gazu, dodać żelatynę i mieszać do rozpuszczenia.
Rozlać do filiżanek lub szklaneczek. (Ja wlałam do 4 szklanek po Nutelli ^^)
Odstawić do wystygnięcia. Gdy będą już chłodne przykryć każdą folią spożywczą i wstawić do lodówki do stężenia, na jakieś 2-3h.
Przed podaniem wyłożyć na talerzyki. W kąpieli wodnej rozpuścić czekoladę którą następnie robimy szlaczki. Dodać owoce.

Smacznego!

środa, 26 stycznia 2011

Francuski dzień

Jutro zaliczenie ostatniego przedmiotu - Geografii Turystycznej :) mam prezentację jeszcze z trzema dziewczynami o Francji. Wpadłyśmy na pomysł poczęstunku typowo francuskiego, ale który nie nadszarpnie zbytnio studenckiej kieszeni. Także będzie bagietka, będzie camembert, może plasterek szynki prowansalskiej jak się uda kupić i trufle. Trufle czekoladowe to coś co mi się kojarzy z Francją.
Postanowiłam takie zrobić. Przeczytałam chyba z 10 różnych przepisów, kupiłam czekoladę i kremówkę. Nie dodałam masła, bo miałam tylko takie z dodatkiem margaryny.

Nieskromnie mówiąc, są doskonałe. Rozpływają się w ustach a nie w paluszkach, są bardzo delikatne i nie takie słodkie na jakie wyglądają. Jednego już zjadłam ale ciii ;)

Składniki:
200g czekolady (ja użyłam gorzkiej)
100 ml śmietanki kremówki 30%
kakao, cukier puder do obtoczenia

Sposób przygotowania:
Czekoladę połamać na kawałki i rozpuścić w kąpieli wodnej. Gdy masa będzie już jednolita i rozpuszczona do końca, dolać śmietanki i zdjąć z gazu. Mieszać do połączenia czekolady ze śmietanką. Odstawić do wystygnięcia, po czym wstawić do lodówki aż masa stwardnieje (ok 1-1.5h) Po tym czasie wyjąć i łyżką porcjować na kuleczki, obtaczać w kakao lub cukrze pudrze, odłożyć na talerz. Tak przygotowane trufle wstawić znowu do lodówki. (Myślę, że znowu na godzinkę, może więcej. Moje będą tam czekać do rana)

Smacznego :)

czwartek, 13 stycznia 2011

Le Chat Noir

Dziś notka znowu bez wypieku. Ostatnio jakoś wolę pomalować jak stać w kuchni. Ale to nie tak, że już gotować nie będę. Będę! teraz jestem na etapie poszukiwań ciekawych przepisów na jakieś ciastka/wafelki czy kij wie co jeszcze, żeby zabrać do pociągu na wycieczkę dla grupy osób, bo w lutym jedziemy na 3 dni w góry :)

Le Chat Noir - ''czyli Czarny Kot to słynny XIX wieczny kabaret, który skupiał w sobie ówczesną bohemę artystyczną Paryża.'' czyli następny francuski element w pokoju Vinki. Teraz tylko czeka na antyramę i trochę miejsca na ścianie, bo już niedługo będę musiała wieszać wszystko na suficie.
Wiem, że kolory trochę przekłamane, ale to wina tego że malowałam ok. 21-22 wieczorem i strasznie ciemno mam w pokoju a o tej porze najlepiej mi się maluje. Krzywy też jest trochę, ale jestem z niego bardzo dumna :)

niedziela, 9 stycznia 2011

Trochę z innej beczki

Cześć i czołem w Nowym Roku.
Dziś notka nie będzie poświęcona gotowaniu. Aktualnie poluję na foremkę do tarty dużą i kilka małych w przystępnej dla studenta cenie. Także jakby komuś się rzuciło w oczy proszę o kontakt :)

Dziś poznacie Vinkę z drugiej strony. Jak wiadomo styczeń = zbliżająca sesja. No ale przecież nie będę się całymi dniami uczyć, a to taki czas że najwięcej pomysłów i najłatwiej się do czegoś <oprócz nauki> zabrać. No to się zabrałam wczoraj o g.22. Wyciągnęłam z szafki koszulkę, odkopałam farby i pędzle i zabrałam się do malowania. Ach jakie to przyjemne jest :) I to nie ważne że żółta farbka wzięła i się zeschła, bo przecież można pomieszać z akrylem plakatówkę xd zobaczymy po pierwszym praniu co z tego zostanie.

I tak oto po jednym wieczorze i jednym dniu powstał Elmo, z trochę krzywym pyskiem, ale za to mój!

nie pytajcie mnie czemu dodał się taki kopnięty... na komputerze jest ładny pionowy :X

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...